rethinking media

10 September 2007

Ars Electronica 5-11.09.2007.

Bliinując miasto Linz

Bliin Your Live! to system łączący zalety GPS, telefonii komórkowej i social bookmarking. To aplikacja umożliwiająca zapisywanie trasy przebytej drogi oraz oznaczanie za pomocą zdjęć, zakładek, tekstów i markerów jej przebiegu. To również społeczność podróżników i commuterów — przemierzających miasto i opisujących własne ścieżki przy pomocy nowych technologii. Nie jest to jeszcze system doskonały, jednak trzeba przyznać, że stanowi nie tylko nową rozrywkę, która prawdopodobnie będzie coraz popularniejsza. Ekipa "Netlore" podczas tegorocznego Ars Electronica 'zablinowała się' zupełnie — to rodzaj zabawy, który może przerodzić się w pasję. O ile nie wystąpią problemy techniczne…

07 September 2007


Ars Electronica 5-11.09.07.

Ekologicznie o Technologii

Na tegorocznym festiwalu mocnym akcentem okazały się projekty ekologiczne. Mają prowokować współczesnych protechnologicznie nastawionych gości festiwalu do myślenia o skutkach działalności sieciowej i medialnej w ogóle.

Zachęcają one do używania telefonii komórkowej do zabawy — po to, by wskazać, że jest to jednocześnie działalność przyczyniająca się do produkcji dwutlenku węgla [Intrigu_E — Silver & Hanne Rivrud] . Z drugiej strony część projektów to dokumantacja ginącego piękna i różnorodności natury [Flooding — Ruri]. Jednak projekty takie jak Calling the Glacier — bardzo interesujące z naukowego punktu widzenia — wydają się propagować niepotrzebną komunikację, która także przyczynia się do dewastacji środowiska. uczestnicy proszeni są o zadzwonienie do lodowca, który zanika na skutego globalnego ocieplenia (można posłuchać jego topnienia dzięki zainstalowanej tam aparaturze) — jednak czyniąc to, przyczyniamy się do jego szybszego topnienia [Calling the Glacier — A Mobile Elegy — Kalle Laar] . Sztuka nowych mediów coraz częściej spotyka się z tym paradoksem.

Jednocześnie mówi o ochronie środowiska i prowokuje do jego niszczenia.

Ars Electronica 2007: Goodbye Privacy 5-11.09.07.

Podsumowanie sympozjum dotyczącego prywatności w sieci.

Właściwie nie można liczyć dziś na zachowanie prywatności, kwestią podstawową jest natomiast jej częściowa ochrona i możliwie pełna kontrola nad danymi. Przede wszystkim chodzi o zachowanie władzy — nad tym, co w sieci publikujemy o sobie samych i nad tym, co inni o nas publikują. Działa tu siła podwójnego spojrzenia. Obce opinie coraz częściej okazują się ważne dla życia realnego. Interesujące jednak wydaje się nie tyle to, że boimy się owej utraty kontroli, ale fakt, że wciąż bawimy się własną tożsamością, nie łącząc jej często z tą offline, mimo świadomości wszelkich niebezpieczeństw. Second City jest tego dobrym przykładem.Wciąż rośnie grupa użytkowników serwisów typu social bookmarking. Większość z nich raczej nie jest świadoma w jaki sposób dane, które ludzie sami dystrybuują można uzyskać i połączyć z ich numerem karty kredytowej, ubezpieczeniem czy kratą zdrowia. Może jednak radosny self-publishing służy nie tylko autoekspresji, ale też kontroli nad obywatelem? Przykłady powiązania tego typu serwisów z działalnością CCTV wskazują na fakt, że zmierzamy ku pełnej widzialności — także tego, co niegdyś było dokładnie ukrywane.

15 March 2007

Nadprodukcja danych

Wczoraj okazało się, że mój komputer prawie nie ma już wolnej pamięci. Mam go trochę dłużej niż półtora roku. Wystarczyło tak niewiele czasu, by go zapełnić… Zdążyłam wprawdzie w międzyczasie wiele na nim zrobić (napisać doktorat, zmontować wywiady, zaprojektować trochę zajęć multimedialnych i obrobić niemało fotografii), a jednak… To zaskakujące dla mnie samej. Nie sądziłam, że jestem kolekcjonerem danych, że wyprodukowałam i zebrałam aż tak dużą ilość różnego rodzaju dokumentów, stron, obrazów, filmów czy nagrań dźwiękowych. A jednak.

Stajemy zadziwieni wobec własnej i cudzej nadprodukcji tekstów kultury. Vannevar Bush miał rację, jest to niezmierzona, wciąż rosnąca góra wiedzy. Góra porównywalna z rzeczywistymi wzniesieniami. Właściwie można by mówić o całych górotworach: współczesny świat to po prostu orogeneza antropogeniczna. Wyhodowałam w niej własny szczyt. Mount Anna.

Selekcja będzie największym problemem ludzkości w ciągu najbliższych lat. Już staje się poważnym problemem. Doskonały film 'On the Desk' pokazywał ten problem w erze wprowadzania komputerów - dziś problem polega na tym, że maszyna nie może być już zastąpiona człowiekiem. Zresztą czy rzeczywiście ktoś z nas marzy o tak wielkiej biurokracji? Raczej nie. Komputery są naszym zbawieniem w pewnym sensie. Tylko czy nie staną się jednocześnie piekłem chaosu? Jeśli wdrożymy sensowne procedury wyszukujące i porządkujące dane - pewnie nie.

Na razie muszę trochę oczyścić własne piekiełko danych, by osiągnąć nie tyle elektroniczne zbawienie, co realny spokój dnia powszedniego i porządek myśli…

11 March 2007

o telefonach i kontroli

Mój telefon przestał rozpoznawać przychodzące rozmowy. Wszystkie numery w ciągu jednej doby stały się dla mnie "zastrzeżone" - nawet, jeśli są zapisane w pamięci telefonu. Ta swoista telefoniczna amnezja jest oczywiście konsekwencją wygaśnięcia umowy promocyjnej. Jeśli potraktować tę sytuację w kontekście teorii Marca Susaniego o komunikacji auratycznej, mój telefon przestał komunikować się z innymi urządzeniami, przestał współtworzyć moją aurę komunikacyjną potrzebną mi do życia. Przestał "chcieć" rozmawiać w moim imieniu z komórkami moich znajomych i nieznajomych… Tym samym zasłużył sobie na wymianę. Oczywiście tym samym operator ukazał mi swą władzę nad moim środowiskiem komunikacji: to od mojej uległości wobec firmy zależy czy mój telefon odzyska pamięć, czy nie. A zatem, poniekąd moja wygoda zdeterminowana jest szantażem komunikacyjnym. Tylko uległa jednostka może czuć się wolna - może swobodnie korzystać z dobrodziejstw technologii GSM.

Coraz częściej nasze media rozmawiają za nas, bez nas, nie zawsze nas o tym informując. Nie chodzi tu tylko o software Microsoftu, który sam zaczął śledzić użytkownika (na szczęście nie muszę go używać), co zapoczątkowało niejako tendencję weryfikacji działań ludzi przez ich wytwory (w tym sensie artefakty kultury stają się naszymi kontrolerami; z tej perspektywy technopol rzeczywiście zwycięża i nie jest to zmiana pozytywna, przynajmniej dla większości ludzi). To także globalna tendencja do wytwarzania urządzeń komunikujących się z… no właśnie, nie tylko z innymi urządzeniami, ale też z firmami, które zarządzają coraz większą ilością naszych danych. Operatorzy telefoniczni oraz usługodawcy internetowi korzystają z naszej prokomunikacyjnej postawy.

Nie wydaje się jednak, byśmy mieli jakiekolwiek wyjście. Może skype'ofon rozwiąże część problemów - przynajmniej będzie stanowił konkurencję dla dotychczasowych operatorów. A może iPhone - który z pewnością stanie się niedługo ulubionym gadżetem połowy świata, tak jak dotychczas iPod? Może nie wyzwoli nas spod kontroli, ale zapewni świadomy wybór kontrolera. A do tego zapewni tyle alternatywnych możliwości komunikacji…

03 February 2007

O tworzeniu stron internetowych bez Internetu

Cały styczeń spędziłam próbując zredagować stronę Zakładu Komunikacji Kulturowej Uniwersytetu Śląskiego. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że przygotowanie strony zajmuje tyle czasu. Co ciekawe, większość pracy odbywa się jednak offline. Przygotowanie strony graficznej i zdefiniowanie stylów CSS - choć nie jest tak pracochłonne, jak redakcja tekstów - także wymaga jednak wielu godzin pracy, jeśli chce się osiągnąć odpowiedni efekt (tu ukłon w stronę LETTERA LAB). W sumie udało się osiągnać cel: prostotę.

John Maeda poświęcił jej swoją ostatnią książkę: "The Laws of Simplicity" (MIT 2006). Wypada się z nim zgodzić, że osiągnięcie prostoty w projektowaniu jest jedną z najtrudniejszych kwestii, które należy opanować. Nasz projekt przechodził różne fazy, aż w końcu udało się połączyć kilka ważnych idei związanych z rozwojem społeczeństwa sieciowego, które chcemy propagować - z minimalizmem użytych środków wyrazu. Efekt stanowi prosty szablon, wykorzystujący kilka kolorów. Zgodnie z ideą prof. Maedy doszliśmy do prostoty (tu polski termin nie brzmi najlepiej, kojarząc się z prostactwem - lepszy wydaje się angielski: simplicity) poprzez złożoność (complexity). Pierwsze pomysły - gdy oglądamy je teraz - wydają się niezbyt wyrafinowane estetycznie, a często także pozbawione są nośności semantycznej, która w projekcie końcowym okazała się najważniejsza.

Oczywiście strona wymaga jeszcze dopracowania, jednak tym razem nie powinno zająć to wiele czasu. Najtrudniejsze mimo wszystko, poza kwestiami estetycznymi, było zdobycie materiałów. Co ciekawe, pewnym problemem okazała się także próba pogodzenia stylu języka oficjalnego (strona opisuje przecież jednostkę naukową) z rejestrem odpowiednim dla medium. Kompromis został osiągnięty, lecz prace wymagają kontynuacji.

W sumie konstruowanie witryn internetowych to praca bardzo absorbująca, twórcza i wymagająca nie tylko umiejętności technicznych, ale też kompetencji estetycznych. Tych ostatnich wielu polskim projektantom nadal brakuje. Nie sądzę, by wynikało to jedynie z braków polskiego systemu edukacji technicznej. To szerszy problem kulturowy. Przede wszystkim można tu widzieć smutne dziedzictwo PRL-u i mentalności "homo sovieticus". Ale może być to problem starszy, deprywacja kulturowa związana w zaborami mogła wytworzyć podwaliny braków polskiej myśli estetycznej. Nie chodzi tu oczywiście o poziom tej dyscypliny czy myśli związanej z projektowaniem lub wzornictwem przemysłowym, a raczej o poziom kompetencji estetycznej całego społeczeństwa. Przeciętny obywatel nie zwraca uwagi na estetykę przedmiotów, którymi się otacza czy przestrzeni publicznej, którą współtworzy. Owszem, Polak dba o wygląd swojego domu czy ogródka, chce używać przedmiotów ładnych, ale jedynie w efekcie wyścigu z własnymi sąsiadami, nie z własnej potrzeby piękna (może jednak smutna prawda tkwiąca w wieczornej modlitwie polskich osiedli, zobrazowanej w "Dniu świra" przez Marka Koterskiego jest podstawą polskiej mentalności?). A może pośrednio jest to winą naszych architektów, którzy wtrącając społeczeństwo do ciasnych mieszkań o oknach zaglądających jedne w drugie, odczłowieczyli więzy społeczne? A może jest to winą biedy? Prawdopodobnie jest to problem tak skomplikowany, że wszystkie te prawdy mogą być uznane jedynie za prawdy cząstkowe. I choć podnosimy się z estetycznej szarości, musi jeszcze upłynąć trochę czasu, byśmy zrównali się z gigantami estetyki dnia codziennego (np. Francuzami czy Holendrami). Edukacja jest zapewne najważniejszym czynnikiem, który może te zmiany przyspieszyć.

To oczywiście kilka generalnych uwag, które mogą wydawać się nieuprawomocnione w odniesieniu do analizy designu stron internetowych. Jednak poziom projektowania z całą pewnością zależny jest od ogólnych kompetencji społecznych w odniesieniu do kwestii piękna. Nauka godzenia funkcjonalności z wartościami estetycznymi łączy projektowanie przemysłowe z projektowaniem witryn sieciowych. Nasza strona jest prosta i z pewnością nie może być stawiana za wzór dla projektantów, jednak spełnia te dwie wartości. Na tym nam zależało. Zapraszam na stronę: http://komunikacja.us.edu.pl/

30 December 2006

O odłączeniu refleksji kilka.

Odłączenie od sieci prowokuje do przemyślanego korzystania z niej, gdy tylko jest to możliwe.

Nie jest to już naturalny aspekt bytu, ale dobro, do którego trzeba przyjść specjalnie (jak kiedyś, gdy sieć była obecna tylko na uczelniach, a potem jeszcze w kafejkach internetowych). Mentalne powracanie do początków Internetu. Trzeba przemyśleć czynności, które należy wykonać, które chce się wykonać i które można wykonać, jeśli wystarczy czasu. Wymaga to koncentracji i wysiłku przewidywania. Powrót do funkcjonalistycznego traktowania sieci. Jest to niestety wymuszony funkcjonalizm.

I nagłe olśnienie: ilu rzeczy, do których się przywykło, nie można wykonać już bez sieci! Życie bez Internetu staje się coraz bardziej skomplikowane. Jest trudniejsze, niż było przed podłączeniem (jak strata kończyny, zgodnie z koncepcją McLuhana). Pewnie proces ten będzie postępował. Nagle rozumiem czym jest społeczne wykluczenie związane z brakiem dostępu do sieci. Rozumiem wyrzuconych na margines technokratycznego społeczeństwa okablowanego człowieka.

11 December 2006

Przeprowadzka do ery przedinformacyjnej.

Istotnym problemem, z jakim spotkałam się przez ostatnie tygodnie, było odłączenie. Przeprowadzki nie są zbyt przyjemne, powodują wiele zamieszania i przykrą świadomość, że człowiek gromadzi zbyt wiele rzeczy wokół siebie, nadając im subiektywną wartość - wartość, którą tracą, gdy spojrzeć na nie z dystansu, zwłaszcza, gdy trzeba je przenieść. Zwłaszcza, gdy nie można wziąć wszystkiego, do czego jesteśmy przywiązani. Książki, papiery, dokumenty, xero, notatki i karteczki… McLuhan widział w rzeczach nasze ekstensje, przedłużenia naszej świadomości i naszych zmysłów. Moje zmysły są w dużej mierze z papieru, a wszystko inne, co w mej świadomości ma postać elektroniczną, podlega przeprowadzce, jest mobilne, jak człowiek. Ekstensje papierowe ważą niemało, elektroniczne tyle, co nic. Przeprowadzka uświadamia w prosty (a może i nieco prostacki, lecz dojmujący) sposób, jak wielkim krokiem w ewolucji jest rewolucja informatyczna.

Jednak nie noszenie ciężarów własnych przyzwyczajeń okazuje się w przeprowadzce najgorsze, a fakt, że są wciąż miejsca, które geograficznie leżą pośrodku cywilizacji, ale w istocie przynależą do innej epoki. Mój nowy dom położony jest w Galaktyce Gutenberga, nie w Epoce Turinga. Nie mogę założyć tam Internetu, choć to centrum miasta. Nie ma na to najmniejszej szansy. Przeprowadziłam się do epoki przedinformatycznej. Dopiero teraz czuję istotny brak podłączenia. Odcięto mi ekstensję, która wyrosła nawet nie wiem kiedy. Nie tęsknię za moją papierową pamięcią, której część musiałam zostawić w starym domu. Tęsknię za możliwymi myślami, które dawało mi podłączenie do sieci. A przecież nie nazwałabym się osobą uzależnioną od Internetu. Nigdy jednak nie doceniałam tej ożywczej wartości płynącej z okablowania, choć korzystałam z niej nieustannie. Teraz mój krwioobieg został skrócony za pomocą technologicznego by-pasa, a ja wzdycham za Internetem jak chorzy po amputacji kończyny za swoim fantomem.

Wracam zatem do papieru, jak do zapomnianego domostwa. Odkrywam na nowo uroki lektury w tradycyjnej formie, bez nerwowego przeskakiwania do innego tekstu, w innym okienku, bez zapisywania niepotrzebnych plików, bez chęci zapamiętania całego świata tekstów. A jednak jak zwykle, czytam pięć książek na raz - hipertekst jest częścią naszego sposobu myślenia, nawet odcięci od sieci, nie możemy się go pozbyć z naszego umysłu - i odnajduję Barthesowską przyjemność tekstu poza monitorem. Cóż za paradoks. Geografia determinuje nasze ekstensje bardziej, niż epoka. Geografia warunkuje bowiem epokę techniczną, w jakiej przychodzi nam żyć. A zatem wracam do Galaktyki Gutenberga.