Kolejne nowe obserwacje: konferencja dotycząca książki elektronicznej, gdzie pokazuje się raczej metody digitalizacji tradycyjnej książki, a nie tę prawdziwie elektroniczną. E-booki polscy bibliotekarze i naukowcy traktują jako ostateczne zło, a nie jako szansę na unowocześnienie czy uaktrakcyjnienie tradycyjnych tekstów. CD-ROM uważa się za szczyt możliwości. Uwagi o rzeczywistej mediatyzacji książki traktuje się powszechnie w kategorii "ugadżetowienia", a nie jako addycję nowych funkcji. A przecież książka naukowa - czy szerzej edukacyjna (nawet zwykły podręcznik) - może być dzięki implementacji innych mediów nie tylko bardziej atrakcyjna, ale też bardziej zrozumiała. Dodanie panoramy, aktywnej mapy czy filmu nie musi oznaczać umniejszenia znaczenia tekstu. Może przecież pojawić się tu też wizualny odnośnik do oryginału czy kolejnych reinterpretacji tekstu - cała historia "tekstualności" danego tekstu.
Z drugiej strony książka naukowa może stać się nie tylko interesującą wizualnie, ale i wzbogaconą o odpowiedni wachlarz linków i materiał źródłowy oraz o kontekst całej dyscypliny, co może mieć istotne znaczenie dla jej rozumienia, popularyzacji oraz samego dyskursu naukowego. Kontekst gwarantuje też bezpieczeństwo tesktowi, chroni go przed plagiatem, zapewniając możliwość weryfikacji oraz łatwiejszą ocenę wartości i nowatorstwa (bądź ich braku) tekstu.
Skąd ten strach? Czy nie bierze się on z braku kompetencji części środowiska? Dlaczego biblioteki internetowe przedstawia się wciąż jako wielkie osiągnięcie polskiej nauki, podczas, gdy w cywilizowanym świecie są już normą? I wreszcie sedno sprawy: dlaczego polscy informatycy wciąż pracują nad rozwiązaniami, które z powodzeniem stosuje się na Zachodzie? Po co wymyślać kolejny analizator tekstu od podstaw, jeśli istnieją już całkiem sprawne narzędzia?
Polska Biblioteka Cyfrowa wciąż nie umożliwia pełnej analizy tekstów i ich przeszukiwania, a przecież wystarczy skorzystać z Questii (www.questia.com), by zrozumieć, że próbujemy wytyczyć drogę dawno już wydeptaną…
Z drugiej strony książka naukowa może stać się nie tylko interesującą wizualnie, ale i wzbogaconą o odpowiedni wachlarz linków i materiał źródłowy oraz o kontekst całej dyscypliny, co może mieć istotne znaczenie dla jej rozumienia, popularyzacji oraz samego dyskursu naukowego. Kontekst gwarantuje też bezpieczeństwo tesktowi, chroni go przed plagiatem, zapewniając możliwość weryfikacji oraz łatwiejszą ocenę wartości i nowatorstwa (bądź ich braku) tekstu.
Skąd ten strach? Czy nie bierze się on z braku kompetencji części środowiska? Dlaczego biblioteki internetowe przedstawia się wciąż jako wielkie osiągnięcie polskiej nauki, podczas, gdy w cywilizowanym świecie są już normą? I wreszcie sedno sprawy: dlaczego polscy informatycy wciąż pracują nad rozwiązaniami, które z powodzeniem stosuje się na Zachodzie? Po co wymyślać kolejny analizator tekstu od podstaw, jeśli istnieją już całkiem sprawne narzędzia?
Polska Biblioteka Cyfrowa wciąż nie umożliwia pełnej analizy tekstów i ich przeszukiwania, a przecież wystarczy skorzystać z Questii (www.questia.com), by zrozumieć, że próbujemy wytyczyć drogę dawno już wydeptaną…
